Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
niezwyczajnie-inna To jest prawdziwa przyjaźń - cierpieć w obronie innych...


Rozdział 15 - Perspektywa

13/01/2011 20:03:39

- Nicole? Nicole czy ty mnie w ogóle słuchasz? - Zapytał Matt, machając ręką przed moją twarzą. W oszołomieniu potrząsnęłam lekko głową, po czym odparłam.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Czy mógłbyś powtórzyć?
- Ech baby. Gdy mowa o najświeższych plotkach to nadstawiają uszy, by jak najwięcej wyłowić, ale kiedy w grę wchodzą tajne informacje z działu polityki, to od razu myślą o Bóg wie czym. - powiedział ni to załamany, ni poirytowany, chodź w gruncie rzeczy na pokaz. - Otóż chodzi o to, że niedawno przybył do mojego ojca w interesach jego starszy brat, który jest członkiem Międzyplanetarnego Rządu. Oczywiście o interesach nic się nie dowiedziałem – ojciec starannie zabezpieczył salon, gdzie gościł wujka Dissolu.
- No wiesz – szepnęła konspiracyjnie Maggie – Matt ma zadatki na strażnika i musi zawsze ze wszystkim próbować, bo inaczej nie mógłby spać w nocy, biedaczyna..
- Natomiast później – ciągnął dalej, niezrażony – kiedy przeszli do kuchni i ojciec na chwilę wyszedł, pociągnąłem wujka za język. I w życiu nie zgadniecie czego się dowiedziałem. Wiedzieliście, że Król Solarieas zarządził, by zrobić spis wszystkich metarmofogów i animagów? Oraz, że każda zapisana lub odnaleziona osoba ma się zgłosić na specjalne spotkanie z Pierwszym Cieniem*? Co będzie na tym spotkaniu raczej nie trudno zgadnąć...
- To znaczy? Co masz na myśli? - zapytałam
- To znaczy, że osoby, które posiadają jakikolwiek talent użytkowy do szpiegowania, najpierw dobrowolnie przyjdą na takie spotkanie, gdzie zrobią im pranie mózgu na temat polityki i ich „obowiązkach” wobec wymiaru, a potem zostaną wcieleni do oddziałów szpiegów państwa. Widać kończą się czasy, kiedy nie trzeba było się martwić o prywatność... - dodał z goryczą w głosie chłopak
- Hm.. a co z tymi, którzy odmówią? Którzy wybiorą swoje dotychczasowe życie? - spytałam z lekką obawą, na co chłopak popatrzył na mnie jakbym nagle zaczęła mówić w innym języku. Tak więc z odpowiedzią pośpieszyła mi rudowłosa znajoma.
- Zazwyczaj czeka ich śmierć lub tortury, by zmienili zdanie. Zresztą od zawsze tak było – ci, którzy w jakiś sposób są „wyjątkowi” dla wyższej arystokracji, nie mają wyboru i albo muszą swoje życie podporządkować zachcianką elity, albo są skazani na wieczne ukrywanie się lub śmierć.
- Ale przecież tak nie można! - krzyknęłam odrobinę za głośno przez co parę głów obróciło się w naszą stronę. Poruszona zmusiłam się do zniżenia głosu – To jest łamanie prawa, więc to nie powinno się dziać! Tym bardziej, że przecież każdy ma prawo o decydowaniu o swoim życiu. To, co robi Król jest karalne. Powinno się zawiadomić Pierwszego Króla** – tak być nie może!
- Tak, a niby jak? Albo raczej co mu powiesz? Nie ma na to żadnych dowodów. Każdy powie, że dobrowolnie przyjął służbę, a Ciebie za jakiś czas zastraszą lub zabiją. W najgorszym przypadku, będą torturować cię tak długo, dopóki nie zgodzisz się przejść na ich stronę. Taka jest prawda, a każdy, kto myśli inaczej jest w cholernie wielkim błędzie. - ciągnęła dalej – Wszyscy myślą, że żyjemy w czasach, gdzie każdemu wszystko wolno, gdzie arystokracja ma coraz mniejszą władzę, że ludzie są wolni – prychnęła z pogardą – W rzeczywistości arystokracja tylko oficjalnie nie ma tak dużej władzy jak kiedyś i nie ingeruje w nasze życie. Przecież o wiele łatwiej jest działać po cichu i umywać ręce od jakiś nie popartych dowodami podejrzeń, niż ciągle obawiać się o wybuch rewolucji, buntu w społeczeństwie.
- Przecież to czysty absu... - już chciałam dokończyć, ale się zawahałam. Czy aby na pewno absurd? Dlaczego tak trudno mi uwierzyć w winę systemu całej arystokracji , kiedy sama na własnej skórze jej doświadczyłam? Zdrady, intrygi, tortury... nikt by nawet nie podejrzewał, że coś takiego jest możliwe w tak małym Królestwie jak Księżyc...A jednak. Ale jeśli to dzieje się i u nas, w zapomnianym zakątku świata, to co się dzieje w jego sercu? Nie, nie chcę wiedzieć. Nie chce nawet o tym dłużej myśleć. - No dobrze, załóżmy, że to możliwe, że tak się dzieje naprawdę. Zawsze zostaje nadzieja, że kiedyś to się skończy i większość osób „szczególnie utalentowanych” ukryje się, ucieknie...
- Szanse na to są jak jeden do miliona. - tym razem wtrącił się Alan.
- Dlaczego?
- Ponieważ uciekać przed La'peraul*** to jak uciekać przed wiatrem. Nigdy nikomu się to nie uda. - oświadczył śmiertelnie poważnym tonem.
La'peraul? A co to takiego? A może raczej kto? O czym oni mówią?
Już miałam o to zapytać, gdy nagle zadźwięczał dzwonek. Spojrzałam na nich, by zobaczyć, co zrobią. Miałam tak wiele pytań.. A tak mało czasu. Jak widać moja desperacja musiała zostać zauważona, gdyż Maggie po przyjacielsku złapała mnie za ramię, uścisnęła je pocieszająco i powiedziała:
- Nie martw się, jak chcesz to najwyżej spotkamy się po lekcjach, by to dokończyć...
- Nie mogę. Zaraz po szkolę muszę być w domu. Przykro mi.. - odpowiedział smutno. Tak bardzo chciałabym mieć normalne życie, takie jak oni, a co mam? Cholerne bycie księżniczką. Sprawiedliwość? Taa, jasne.
- No cóż, to zostaje nam najwyżej szkoła. Nie martw się, chyba jakoś przetrwasz ten weekend bez odpowiedzi na swoje pytania? - spytała żartobliwie
- Tak, chyba tak. A przynajmniej nie mam wyboru. - westchnęłam
- Wybaczcie, że przeszkadzam moje panie, ale jeśli zaraz się nie pośpieszymy to spóźnimy się na lekcje, a tego chyba nie chcemy, nieprawdaż? - wtrącił się Matt
- Nie, nie chcemy – odpowiedziała rudowłosa, a następnie zwróciła się do mnie – Chodźmy już stąd.



***

Kolejne lekcje po lunchu mijały dziwnie szybko. Może dlatego, że za bardzo na nich nie uważałam? Po raz pierwszy od początku nie słuchałam tego, co mówili nauczyciele, a jednak.. wiedziałam o czym była lekcja i rozumiałam ją. Dziwne.
W każdym razie ciągle nie mogłam się pozbyć wrażenia, że coś jest nie tak... Miałam tyle rzeczy do poukładania w głowie. Co się stało z Chaofoinem podczas lunchu? Jak mogłam wejść do jego głowy? I co ja widziałam? Czy to były jego wspomnienia? A jeśli tak... to kim byli jego rodzice i jak zdołał uciec swojemu ojcu? I gdzie była wtedy jego matka? Co się stało z jego bratem? Właśnie, brat. Przecież z jego wspomnień by wynikało, że ma starszego brata, więc.. gdzie on jest? Bo w szkole go nie ma, prawda? Chyba bym wiedziała. Na pewno? A niby dlaczego? Kim ja jestem by wiedzieć o nim wszystko? Odezwał się głos wątpliwości w mojej głowie. No tak, nie ma to jak rozmowa z samym sobą. Jednakże.. coś w tym jest. Dlaczego miałabym to wiedzieć? Dlaczego?
Uch jak ja nienawidzę pytań bez odpowiedzi! No dobrze, najwyżej dyskretnie zapytam się o to moich nowych znajomych w poniedziałek.
No właśnie. Kolejna rzecz. Moi nowi znajomi. Kim oni dla mnie są? Czy tylko znajomymi, czy może przyjaciółmi? Nie, przyjaciółmi jeszcze nie – za mało ich znam. Hm, a więc w kim takim razie? Nie znajomymi, nie przyjaciółmi, więc..? Kolejna wielka niewiadoma. Muszę z nimi trochę więcej spędzić czasu, wybadać ich, wtedy będę wiedziała na pewno kim oni dla mnie są. Tak, tak właśnie zrobię, pomyślałam zostawiając plecak w mondeluźmie, by nikt się na niego nie natknął. Po czym podeszłam do lustra i zmieniłam strój, na bardziej „codzienny”. Czyli nie taki bardzo.. rzucający się w oczy. Chociaż, pomyślałam sobie, co się będę ciągle ukrywać. Co mi może zrobić matka? Nic. A jak zapyta skąd mam ciuchy? Ze sklepu, a skąd by indziej? A pieniądze wzięłam z oszczędności... Tak, czas rządów Eleonory Elizabeth właśnie dobiegł końca. W takim razie.. z powrotem przywołałam wcześniejsze ciuchy. Zdecydowana na kolejne małe zmiany w buncie przeciwko matce spojrzałam na zegarek. Piętnasta trzydzieści osiem. Czyli jeszcze jakieś dwie godziny i dwadzieścia dwie minuty do kolacja. Chyba tyle mi wystarczy na odrobienie lekcji.






***




Kilka godzin później...



- Czemu chcesz opuścić szkołę właśnie teraz? - zapytał wysoki i tęgi mężczyzna w czarnej szacie za długim, hebanowym biurkiem. Słabe, mrugające światło świec jeszcze bardziej potwierdzały upiorność tego człowieka. Tym bardziej, że jedyne, co można było zobaczyć to jego dłonie z długimi, bladymi palcami z onyksowym sygnetem na środkowym palcu lewej ręki i twarz. A dokładnie delikatny jej zarys i ogniście zielone oczy. Oczy chłodne i bezwzględne. Wyprane z zbędnych emocji. Oczy drapieżnika.
Chłopak stojący przed biurkiem sprawiał wrażenie rozluźnionego, jednak jego spojrzenie było czujne, a twarz okryta maską obojętności. Marcedeus już na pierwszy rzut oka, wiedział, że coś jest nie tak.. Że dzieciak, stojący przed nim ma coś na sumieniu. Zresztą nie jedno, jak każdy inny adept, ale.. tym razem chodzi o coś innego. Tylko o co?
- Nauczyciele nie spełniają moich oczekiwań, a szkoła jest pełna głupich, nadętych idiotów. Poza tym - ciągnął dalej znudzonym tonem – myślę, że dzięki Knoring Wars Academy dam wam więcej, niż teraz jestem w stanie. O wiele, wiele więcej.
- Bardzo śmiałe plany, lecz do tej Akademii dostają się tylko najlepsi z najlepszych. Lojalni, bezwzględni, sprytni i inteligentni chłopcy. Nie wiem czy masz szanse dostać się na listę oczekujących. - odparł mężczyzna za biurkiem
- Dlaczego?
- Ponieważ dziewięćdziesiąt dziewięć procent wszystkich jej absolwentów to dzieciaki, pochodzące z rodzin, które praktykują Krąg Czarnego Ciernia..
- Możliwe, że moje pochodzenie nie jest zadowalające, jednak nie zapominajcie, że ja nie jestem zwykłym dzieciakiem, chcącym dostać się do Kręgu Czarnego Ciernia i służyć Kaharowi..
- Tak, widać zapomniałem o twojej wyjątkowości – Marcedeus zamilkł na moment uważnie obserwując chłopaka – Dobrze zatem, zobaczę, co da się zrobić i załatwię twój wypis z Hardmuth High School. Czy to wszystko?
- Tak.
- W takim razie możesz odejść.
Chłopak tylko lekko kiwnął głową, po czym wyszedł bezszelestnie z pokoju.



***

Marcedeus wpatrywał się w białą klepsydrę, stojącą na jego biurku. Jeszcze trzy minuty i rozpocznie rozmowę ze swoim starym, dobrym znajomym. Długo zwlekał z wymyśleniem przysługi dla Sneirora i właśnie nadarzyła się ku temu idealna chwila. Cichy trzask pośrodku pokoju spowodował przesunięciem jego wzroku na niskiego i szczupłego mężczyznę, stojącego przed jego biurkiem. Ów mężczyzna miał oczy w kolorze zimnej stali, wąskie usta, szczupłą twarz z blizną, przecinającą jego lewy policzek, lekko spiczaste uszy i długie, jasnoblond włosy. Chociaż ich kolor był bliższy brudnej bieli. To wszystko wyglądało niewinnie, pośród tej całej czerni, lecz niewinność nigdy nie równa się pojęciu bezbronności. Sneir, choć nigdy nie dorastał mu do pięt w kwestii siły, bardzo dobrze panuje nad sprawami budżetowymi. Ulepszanie środków bezpieczeństwa, opatentowanie obrony klanu, rekrutacji nowych uczniów, wyszukiwanie i zabijanie, bądź przekupywanie przyszłych wrogów.. Dzięki tym wszystkim cechom postać Sneira nabrała nowych walorów i stała się bardzo użyteczna dla klanu, jak i samego Marcedeusa.
- Chciałeś się ze mną widzieć, Panie.
- Owszem, Sneirorze, owszem. Widzisz Chafouin zdecydował się w końcu opuścić publiczną szkołę dla plebsu i zapisac się do Knoring Wars Academy.
- Myślisz, że mu się uda?
- Myślę, że przeciętny chłopak miałby z tym nie lada trudności, jednak biorąc pod uwagę jego dodatkowe zdolności, te jego wrodzone talenty i zdeterminowanie... Tak, myślę, że ma bardzo duże szanse na dostanie się do niej.
- W takim razie w czym rzecz? Chcesz, abym mu zapewnił bez sprzeciwu u starszych pozycje w Akademii? Czy może nie chcesz, by się się tam znalazł?
- Och nie, nie. Bardzo pragnę, by tam się dostał. Szczerze się cieszę, że darował sobie tę placówkę wazdrów i dojrzał. Uważam nawet, że sam da sobie radę.
- W takim razie... w czym rzecz?
- Widzisz, drogi bracie, zadaje sobie to pytanie od pięciu godzin i nijak nie mogę sobie na nie odpowiedzieć. Otóż, co się stało, że wielki i nieustraszony Chafouin tak szybko zrezygnował z tej szkoły, do której o przyjęcie w niej, tak bardzo z nami walczył? Widziałem go, Sneir i mówię Ci, coś w tej szkole musiało się wydarzyć. Coś o czym chłopak nie chce nam powiedzieć.
- Sugerujesz coś?
- Sądzę, że od niego się tego nie dowiemy. Dlatego chce wiedzieć, co stoi za jego decyzją? Co lub kto? Oto jest pytanie... Przeprowadź wywiad środowiskowy, jak i... inny w razie potrzeby.
- Więc chcesz, abym uruchomił znajomości i powęszyć, co kto wie?
- Widzę, że dobrze mnie zrozumiałeś. Za trzy dni chcę cię widzieć tu z powrotem i.. z jakimiś postępami w tej sprawie.
- Tak, Panie.
- Znakomicie. Możesz odejść.



_________________________________________




I w końcu nowa notka. 15 rozdział.
Proszę o szczere komentarze i krytykę - i jedno i drugie jest dla mnie bardzo ważne;)
Głosuj (0)

Inna

[komentarzy 0] Komentuj

Pisać czy przerwać? Oto jest pytanie...

1/05/2010 13:36:10

 

Moi Drodzy!

Z góry wszystkich przepraszam za tak długą nieobecność oraz za nie komentowanie waszych notek, ale wcześniej nie miałam ani weny, ani czasu, ani hm równowagi wewnętrznej. Teraz wróciłam i chciałabym kontynuować to opowiadanie, ale..jest pewien mały problem.

Otóż nie wiem czy chcecie, abym dalej kontynuowała pisanie w ten sposób jak do tej pory, tzn. przeżywacie wszystko to co gł. bohaterka, ale stopniowo. Krok po kroku. Czy może chcecie, abym zaczęła od nowa? Ostatnio wpadłam albo raczej natchnęła mnie jedna książka, gdzie powiedzmy jedna z gł. bohaterek opowiadała o sobie, opowiadała historię innym, a w między czasie rozwijała teraźniejszą akcję. Ja osobiście jestem za tym drugim pomysłem, ale nie wiem z kolei co wy o tym sądzicie, jak chcecie poznawać losy Adrienne Watson oraz najważniejsze pytanie... Czytać nadal chcecie czytać bloga?

Bardzo proszę o szczerą opinię, bo nie wiem do którego pomysłu mam się przychylić, a do póki nie bd miała jako takiej pewności nie bd pisała...

 

PS. Zaraz zabieram się za nadrabianie zaległości w czytaniu waszych blogów;)


Głosuj (0)

Inna

[komentarzy 6] Komentuj

Rozdział 14 - Jasquis

24/02/2010 18:52:18

Anioł Samotności ...
to On mnie dręczy ..
nie daje spokoju ani chwili wytchnienia...
jest cały czas przy mnie
nie opuszcza nawet na krok...
Anioł ten dzieli się ze mną wszystkimi swoimi uczuciami...
tym czego ma najwięcej,...
czyli samotnością...
ta samotność powoli mnie zabija...
zabija to co jeszcze we mnie pozostało...
cieszy się z tego...
powoli upadam....
lecz ja wiem ze przyjdzie jeszcze taki dzień ....
gdy przeciwstawię mu się ...
Podniosę się....
narodzę na nowo...
a On odejdzie ode mnie ....
zniknie ...
On ten sam Anioł...
Anioł Samotności....

Siedział tam gdzie zawsze. Sam. Schowany w cieniu jednej z ścian wpatrywał się we mnie. Miał ciemno brązowe włosy i oczy, rysy jego twarzy miał wyostrzone, lecz nie do końca. Nie był też muskularny, ale już teraz można było dostrzec zarys jego mięśni. Starszy o rok, przewyższał mnie o głowę. Widać było, że nie długo przejdzie przemianę w prawdziwego mężczyznę. Na pewno wiele dziewczyn kochało się w nim potajemnie, jednak z tego co zauważyłam z żadną nie chodził. Dziwne, taki przystojny, a nie ma przy sobie świty dziewczyn - tych z elity. Chciałam się odwrócić, a jednocześnie wciąż na niego patrzeć. To było coś niepokojącego. Tak jakbym nie miała własne woli, jakby ktoś za mnie decydował...
W pewnym momencie wyczułam jakieś podejrzane zakłócenia.
Podejrzane, bo czułam, że coś się zaraz stanie. Coś złego. Chwilę później poczułam jak mój instynkt samozachowawczy budzi się do życia. Drugi raz odkąd pamiętam w moim życiu. Moje mięśnie zesztywniały, a zmysły wyostrzyły. Najpierw skupiłam się na dźwiękach - w całym pomieszczeniu rozbrzmiewały rozmowy, żadnych podejrzanych odgłosów. Potem na dotyku - wszystko czułam nazbyt wyraźnie. Jednakże znowu na nic nie natrafiłam. Cały czas czułam, że coś złego czai się w pobliżu. Tak jakby ktoś wam szeptał do ucha niebezpieczeństwo. Ale nie takie, że coś mnie zaraz zabiję, nie. To tak jak z Jasquis, wężem jaspijskim, którego jedno ukąszenie może uśmiercić sześćdziesiąt osób. Wiesz, że oddziela was z jakieś dziesięć metrów a mimo to uważasz na niego, boisz się go, bo w każdej chwili może coś się złego wydarzyć - w tym wypadku ukąszenie.
Tak i ja się teraz czułam, wiedziałam, że gdzieś w pobliżu czai się "Jasquis", niebezpieczeństwo, ale nie miałam pojęcia gdzie. Moje oczy też niczego nie wypatrzyły(tak oderwałam na chwilę wzrok od mojego sąsiada z ławki z Zaklęć) wszędzie było spokojnie, nikt się nie czaił. Sfrustrowana ponownie spojrzałam na Laufoira. Nadal mi się przyglądał, lecz coś się zmieniło. W jego oczach pojawił się błysk wyzwania rzuconego dla mnie oraz lekki uśmiech. Tak jakby widział co się ze mną działo, co robiłam, co próbowałam znaleźć - bez skutku - a to coś było na wyciągnięcie ręki i to go rozbawiło. Wkurzyłam się, a jego uśmiech potraktowałam jak obelgę dla mnie, mojego instynktu. Chce wyzwania? Proszę bardzo. Teraz to ja wpatrywałam się w niego chłodno, prawie nie mrugałam a i on nie mrugał. Toczyliśmy niemy pojedynek. Aż w pewnym momencie coś się zmieniło. Czułam to. Chłopak nie miał już ciemnobrązowych oczu, lecz onyksowe, tak że z trudem dało się dostrzec źrenice, ale jednak dawało. Lecz nie tylko to się zmieniło, jego włosy również stały się czarne, kruczoczarne. Twarz odznaczała się dziwną męskością, naznaczona pewnie trudami przeszłości. Jakby starsza. Ale na tym nie koniec, w chwili, gdy uświadomiłam sobie te różnice poczułam czyjąś obecność w moim umyśle. Ktoś próbował wniknąć w moim myśli, zajrzeć do nich. Najpierw nie pewnie wnikając do obecnych moich rozmyślań i pokazując mi to do czego doszłam przed chwilą na nowo. Jakbym oglądała zaciętą płytę. A potem nagłym wtargnięciem z nową siłą próbował się dostać do tych najskrytszych myśli. Do niewytłumaczalnej tęsknoty do Księżyca, do zapachu ojca , do...
Chwila!!! Nie mam zamiaru odczuwać to na nowo, a już tym bardziej nie chce, aby ktoś znał moje słabości!!! Nie ma mowy, żebyś przeszukiwał bezkarnie mój umysł Chaufoin - pomyślałam i skupiłam się na odnalezieniu jego bytności w sobie. Zakamuflował się robiąc odwrót, ale i tak go czułam. Całą siłą woli spróbowałam wyrzucić go z mojej głowy, jednak jedyny tego skutek był taki, że nadal pozostał w mojej głowie, lecz nie mogący się "swobodnie ruszać" . Zirytowałam się. Jak tak można bezkarnie wchodzić do czyjeś głowy i jeszcze nie mając taktu - zostać tam? W każdym razie ciągle wpatrywaliśmy się w siebie. Bezustannie. Aż w końcu jedna myśl, jedno małe, zamglone wspomnienie spowodowało nagły przypływ mocy.
...ona sama ma w sobie jakby własną osłonę. A raczej dwie. Bo ta jedna to chroni jej myśli, wspomnienia w pewnym okresie czasu i nijak nie mogę jej przebić. Natomiast druga, to pewnie jej własna, która powstała pod wpływem jakiegoś doznania, postanowienie, jakiś wyjątkowo silnych emocji... Tak, to tylko domysły, lecz osłona ta, choćby nie wiadomo skąd się wzięła, jest bardzo trwała, wytrzymała, z wielkim trudem udało mi się ja przebić, a jak ja już przebiłem to i tak tylko część informacji się dowiedziałem... Ona będzie silna...
A więc skoro silny czarodziej to stwierdził to pewnie jest to prawda, czyli mogę wypchnąć intruza poza siebie? Pełna nadziei ponownie się skupiłam, tym razem zbierając całą mą siłę do umysłu, a gdy uzbierałam jej wystarczająco zaczęłam odrzucać go od moich myśli. Próbował zostać, przez chwile stawiał opór a potem zaczął się wycofywać, lecz dla pewności dalej go wyrzucałam. I chyba się trochę w tym zatraciłam, bo gdy już opuścił mój umysł nie zdążyłam powstrzymać mojej siły i nagle przed oczami stanęły mi obce wspomnienia.



Ciemność. Zewsząd otacza mnie ciemność. Czuję się dziwnie.. Czyżbym się bała? Nie, nie ja, lecz osoba, którą jestem. Przez którą wszystko widzę i odczuwam. Chyba znajduję się w jakieś ciemnej szafie, zerkając co jakiś czas przez uchylone lekko drzwi. W korytarzu stoi zapłakana kobieta, która wymachuje zamaszyście rękoma, jakby kogoś próbowała powstrzymać. Kogoś kto chce się dostać na górę, a na schodach stoi mały chłopczyk również zapłakany, krzyczy coś, jednocześnie mocno się trzymając barierki schodów. Chce usłyszeć co takiego krzyczą, chce zrozumieć dogłębnie tę scenę, lecz tak szybko jak się pojawiła odchodzi, by dać miejsce na następną.
Wysoki mężczyzna podchodzi do mnie i jakiegoś innego chłopca - starszego - i zaczyna wrzeszczeć na nas. To ta sama postać z poprzedniej wizji... czyżby ich ojciec? Starszy chłopak próbuje się mu przeciwstawić krzycząc coś, czego nie umiałam rozróżnić. Ja cała się trzęsę, patrzę na to wszystko z przestrachem. To na jednego to na drugiego. Nagle mężczyzna wyciągnął bat i strzelił nim w bok starszego syna. Przez chwilę moje serce zamarło. Słyszałam gwizd bata przecinającego powietrze, a następnie odgłos uderzenia. Słyszałam płacz, jęki bólu, widziałam twarz chłopca, który nie miał żadnych szans. A bat uderzał ponownie. By po kilku razach ustać i usłyszeć odpowiednią odpowiedź na zadane wcześniej pytanie. Teraz cała uwaga skupiła się na mnie. Nie wiem na co się mój brat zgodził, ale widać, że nie chciał tego. A więc i ja też nie powinienem chcieć, ale tak się bałem bólu.. Pyta się mnie o coś, podchodząc coraz bliżej, lecz ja nie rozumiem pytania, a może rozumiem, lecz tego nie chce? Nie odpowiadam. Czekam na nieunikniony odgłos bata, który następuję, lecz nie we mnie jest on wycelowany, a w mego brata. Widząc okazję dla siebie próbował niepostrzeżenie podnieść z ziemi sztylet. Kolejny spazm płaczu i jęków bólu, kolejne, coraz gwałtowniejsze uderzenia batem, które stopniowo słabną. Nie wiele myśląc rzucam się do ucieczki. Sama, bez jedzenia i picia. Sama, bezbronna na nieznanym terenie. Sama bez żadnego celu..

Nagle wszystko zniknęło. Na powrót znalazłam się w szkolnej stołówce. Moje połączenie z Laufoirem zostało przerwane. Przez chwilę patrzył na mnie spojrzeniem, które zawierało w sobie wiele emocji: zaskoczenie, gniew, żal, strach, stanowczość, ciekawość... Następnie gwałtownie wstał i skierował się do wyjścia. Patrzyłam jeszcze za nim przez chwilę, z postanowieniem przemyślenia tego wszystkiego w domu, po czym odwróciłam się moich nowych.. hm.. przyjaciół? Tak, można by ich tak nazwać. A przynajmniej na razie..





No a to są moje kolejne prośby do was;D
1. Piszcie, wytykajcie mi błędy.
2. Szczerze komentujcie.
3. Zadawajcie pytania jak czegoś nie wiecie.
4. Ci którzy chcą być informowani o nowych notkach niech mi o tym napiszą, bo się trochę pogubiłam i nie wiem kogo informować;/
5. Uprzejmie proszę o zapamiętanie szczegółów dotyczących Laufoira Chafouina, bo to można by powiedzieć ważna postać, która powróci trochę później tyle, że pod innym pseudonimem - nie to że wam coś zdradzam ;)
7. Postaram się skomentować dziś, góra jutro wasze nowe notki na blogach ponownie proszę o wyrozumiałość^^
8. Ten wiersz na początku...zwróćcie na niego uwagę i spróbujcie dopasować.

No to chyba tyle...
Pozdrawiam;*

Inna

[komentarzy 14] Komentuj

Rozdział 13 - ..A zwłaszcza w JEGO oczach"

22/01/2010 22:17:10

Tak mijały dni. Szkoła, lekcje, zamek. Emma nic nie podejrzewała. Nie zauważyła, że między godziną siódmą rano i trzecią popołudniu nie ma mnie w "domu". To samo się tyczyło matki, starszej siostry czy skrzatów domowych. Odrabianie lekcji przychodziło mi łatwo - nie do końca wiem czemu. Może po prostu bardzo mi zależało na nauce, na nauczeniu się tych różnych zaklęć. Od czasu do czasu Shade spoglądał na mnie ciekawie spod oka, a Sajlannie ocierała o nogi. Sajlannie to czarna kotka, raczej zwykła, nie jakaś rasowa. Mam ją od pięciu lat. Dokładnie dostałam ją kilka dni od spotkania z NIM. Nigdy go nie zapomnę. Tych jego oczu, aury, która go otaczała, jego wyrazu twarzy, gdy przyjęłam...ten podarek...W jednej sekundzie na twarzy przemknął mu złośliwy uśmiech tryumfu. A potem te słowa ,,Normalnie spotkalibyśmy się za kilka tygodni, jednak ja chce zobaczyć co z ciebie wyrośnie, moja droga. Wiem, że będziesz piękną kobietą, niezależną, odważną(...)Więc, gdy minie sto osiem cyklów nowiów, staniesz na czele tych, których od dziś dzień jesteś częścią, od dziś dzień należysz do jednych z najwybitniejszych, najpotężniejszych, najmądrzejszych i najodważniejszych osób na świecie. Od dziś dzień jesteś pod łaską Sajle, od dziś dzień na zawsze stracisz kontakt ze światłem". A następnie znikł. W każdym razie od tamtej pory, czuję się jakby Sajlannie mnie śledziła, jakby interesowało ją to, co robię, z kim się spotykam.
Co do szkoły profesor Ignoble kilka razy wyrywała mnie do odpowiedzi, ale ja za każdym razem odpowiadałam na piątkę. Dzięki temu nauczyciele patrzyli na mnie ciekawi, z zachwytem...lecz każdy medalion ma dwie strony. Uczniowie patrzyli na mnie z dystansem. Obserwowali każdy mój ruch, każdą wypowiedź, zachowanie. Jedni mnie nienawidzili, inni patrzyli na mnie z podziwem, a jeszcze inni sprawdzali, bądź próbowali sprawdzić jaka naprawdę jestem. Oczywiście tych ostatnich było najmniej. Jak zauważyłam należeli do nich m.in. Atlantis, Aurela, Brandy - rudowłosy chłopak, który stał za mną w kolejce w pierwszy dzień szkoły - Laufoir Chaufouin. Dziewczyny patrzyły na mnie jakby się nad czymś zastanawiały, Brandy jakbym...mu.. się...podobała...? Oby nie. Natomiast pan Chaufouin spoglądał na mnie jakby mu się coś nie zgadzało oraz jakby miał do podjęcia jakąś ważną decyzję, lecz chyba chodziło zupełnie o coś innego niż w przypadku dziewczyn. Ale o co? Nie wiem.
Dodatkowo sprawę pogarszał fakt, że wielkimi krokami zbliża się grudzień. Nie, nie chodzi tu o prezenty, czy spędzeniu tych kilku godzin w towarzystwie matki, ale o przyjazd tej rodziny. Króla Słońca i jego synów. Podobno jeden z nich jest w moim wieku a drugi o dwa lata starszy. Pozostali mnie nie obchodzą. Najstarszy ma dziewiętnaście lat, a najmłodszy siedem. Więcej ich nie ma. (I całe szczęście).



***


Właśnie z pełną tacą odeszłam od bufetu i zaczęłam rozglądać się za wolnym miejscem, gdy za plecami usłyszałam:
- Może chciałabyś usiąść ze mną i moimi przyjaciółmi? - zapytał nie kto inny jak Brandy
- Jasne - no, bo co innego mogłam odpowiedzieć? Nie powiem byłam trochę zaskoczona ta propozycją. Chłopak prowadził nas do niewielkiego stolika pod oknem, przy którym siedziały już trzy osoby. Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna.
- No, no, no.. kogo my tu mamy? Wszystkowiedzącą pannę Flattering. Nie ma co, postarałeś się Brandy - powiedział chłopak o czarnych włosach z zielonymi refleksami, soczyście zielonymi oczami, brzoskwiniową cerą, ubrany w czarną koszulę, zielony podkoszulek, czarne spodnie. Był zdecydowanie niższy od jego kolegi, ale wyższy ode mnie. Na oko miał 170 wzrostu.
- Och, przymknij się Matt. Nie przejmuj się nim, on już tak ma, no wiesz.. zawsze próbuje wypaść z jakimś zdumiewającym tekstem, a wychodzi z tego właśnie coś takiego co przed chwilą usłyszałaś - powiedział ni to z rozbawieniem, ni odrazą.
- Lepiej uważaj Loczku, bo ci mogę wyprostować te twoje cudne włoski.
- Taa...już to widzę. Czyżbyś zapomniał czym się skończyło nasze ostatnie spotkanie? - zakpił Brandy
- Dużo ćwiczyłem od tamtej pory i...
- Och, przestańcie na miłość boską! Zachowujecie się jak kretyni, co nie wiem czy wiecie, nie działa przekonująco na dziewczyny. - sarknęła blondwłosa dziewczyna. Chłopak siedzący obok niej zachichotał. Był wysportowany, to było widać na pierwszy rzut oka. Wysportowany i opanowany. Miał czarne włosy, krótko przystrzyżone, niebieskie oczy, śnieżnobiałe zęby, był opalony – co jest dość rzadko spotykane tutaj, na Księżycu - ubrany był w niebieską bluzkę i jeansy.
- Nie zwracaj na nich uwagi, oni tak często. - mrugnął do mnie - a tak poza tym to jestem Alan - tu wyciągnął do mnie rękę. Uścisnęłam ją i:
- Nicole.
- Miło cię poznać Nicole.
- Mnie również.
- Taak. Alana już poznałaś, tych tutaj też – dziewczyna wskazała na Matta i Brandy'ego – Więc pora na mnie. Możesz mówić do mnie Maggie. - uśmiechnęła się przyjemnie. – A poza tym nie wiem czy wiesz, ale cała szkoła o tobie mówi.
- Tak, zauważyłam - mruknęłam pod nosem, spoglądając na swoją tacę. Dzisiaj miałam na niej tylko jedno jabłko, sok pomarańczowy i sałatkę warzywną. Reszta zachichotała na moja odpowiedź.
- Czy to prawda, że masz same piątki ze wszystkich przedmiotów? - zapytał Alan
- Ehm, no tak - zarumieniłam się - chociaż parę czwórek też mam, np: z praw człowieka.
- Tak, tak, ale z zaklęć i obrony przed czarną magia masz piątki no nie?
- No tak.
- Wiesz, jeszcze nikt nie ma tak dobrych stopni jak ty. No, może wyjątkiem jest Lena, ale ona chyba tylko raz na jakiś czas dostaję piątkę a ty... - pokręcił głową. - Nie wiem jak to robisz, ale robisz to świetnie. Ja od kilku lat się staram i nic.
- Od kilku lat? To ile ty masz lat?
- Szesnaście, a co? Masz może coś do szesnastolatków, a może uważasz że jestem za stary jak dla ciebie? - zapytał z przekorą, jednak widać było, ze jest ciekawy mojej odpowiedzi, bo zauważył jak się skrzywiłam na jego wiek.
- Nie, nic nie mam do ciebie, tylko...po prostu nie za bardzo lubię ten wiek i tyle
- Dlaczego?
- Jakoś tak.
- Jasne. Jak będziesz chciała porozmawiać to wystarczy do mnie podejść. – widać było, że nie kupił mojej wymówki.
- Yhm.. no ok.
- No dobrze, już dobrze a teraz mnie posłuchajcie - nagle oznajmił Matt. Wszyscy na niego spojrzeli, jednak ja zamiast patrzeć na niego odwróciłam się, czując na sobie czyjś wzrok, a gdy się odwróciłam nie mogłam myśleć o niczym innym jak o tym, że...gdyby ktoś mnie zapytał, czy można utonąć w czyjś oczach, bez wahania odpowiedziałam bym tak. A zwłaszcza utonąć w JEGO oczach.









I znowu musicie czekać na dalszy ciąg, ale..trudno.
Czekam na komentarze i krytykę.
Pozdrawiam;*

Inna

[komentarzy 19] Komentuj

Rozdział 12 - "Wiedźma"

2/01/2010 19:13:40

Muszę zmajstrować sobie uśmiech, uzbroić się weń, schronić się pod jego opieką, mieć czym odgrodzić się od świata, zamaskować swe rany, wreszcie wyćwiczyć się w noszeniu maski.
- Emil Cioran



Śmiałym krokiem przeszłam przez bramę. Po drodze napotkałam kilkunastu uczniów, którzy oglądali się za mną i szeptali miedzy sobą. Dziedziniec szkoły nie był duży, a jednak miał w sobie to coś. Oczywiście nie można było podziwiać kwiatów, bo ich nie było, czemu się nie można dziwić, w końcu już niedługo nadejdzie zima, a sam klimat Księżycu nie sprzyja roślinom. W zamian za to wszędzie były różnorakie rzeźby. Raz kobiet, raz mężczyzn, jakiś zwierząt, a czasem wszystkie razem. Pojedyncze okazy można by nazwać nic niewartymi, dopóki im się nie przyjrzało z bliska, a skupisko takich rzeźb uwydatniało ich majestatyczność. Niestety nie mogłam dłużej podziwiać tychże dzieł, ponieważ musiałam śpieszyć się na lekcje. Weszłam do jednych drzwi na dziedzińcu, które prowadziły do działu historycznego. Gdy już wchodziłam po schodach za mną odezwał się głos na dźwięk, którego podskoczyłam jak oparzona.
- Nazwisko, imię, klasa?! -spytała, nie raczej rozkazała gruba, dość wysoka kobieta o czarnych jak smoła włosach, szarych oczach i muszę to przyznać, obrzydliwej brodawce na nosie. Co ją całą oszpecało.
- Flattering Nicole klasa 1. - odpowiedziałam czym prędzej
- Ach, to ty, nowa. - mruknęłam z niesmakiem pod nosem, nawet nie ukrywając wstrętu w głosie - A buty zmienione?
- Ja..no..e tego..nie.
- No to szybko do szatni zmieniać! To szkoła, a nie podwórko! Masz szczęście, że to twój pierwszy dzień, bo inaczej trafiłabyś do kozy. I na co się tak gapisz? Do szatni! -ryknęła na mnie
Szybko opuściłam korytarz, po czym ukryłam się za kolumną zza której obserwowałam wiedźmę, dopóki sobie nie poszła. Gdy to uczyniła, szybko zmieniłam buty w myślach* i pognałam ile tchu w płucach do sali, gdzie odbywały się lekcje.
Zdyszana wpadłam do kasy:
- Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie -powiedziałam. Cała klasa jak na komendę odwróciła się w moją stronę. Próbowałam ignorować świdrujące mnie na wylot spojrzenia i skupiłam uwagę na nauczycielu.
Był to wysoki mężczyzna, o jasno brązowych oczach i włosach, które były lekko przydługie, ale ułożone pod różnymi kontami nadawały twarzy dziwnej tajemniczości i męskości. Założę się, że większość dziewczyn wzdychało do niego. Choć tak szczerze na mnie nie robił żadnego wrażenia. Nawet gdyby był umięśniony - a nie był.
Wracając do początku.
Gdy tylko weszłam do sali stał przy tablicy jednocześnie coś tłumacząc uczniom i pisząc na niej. Widząc moją obecność zamilkł, a następnie powiedział:
- Dzień dobry, Nicole. Cieszę się, że do nas dołączyłaś. Na razie usiądź gdzieś i zapisuj wszystko na kartce, a po dzwonku zostań chwilę w klasie, dobrze?
- Dobrze. –odpowiedziałam, rozglądając się po klasie za wolnym miejscem. Na nieszczęście żadnego nie było.
- A tak w ogóle to jestem profesor Trytist, uczę historii świata- skinęłam głową na znak, że słucham - jak widać ostanie wolne miejsce jest obok Atlantis, więc proszę usiądź tam.
Podążyłam za jego spojrzeniem, po mojej prawej, na samym dole tuż przy ścianie siedziała wysoka, zgrabna blondynka o niebieskich oczach. Cóż...nie wydawała się zadowolona, ale zdobyła się na uśmiech.
Z westchnięciem ruszyłam na przydzielone mi miejsce, po czym odpowiedziałam nieśmiałym uśmiechem i usiadłam. Wyjęłam z mojego plecaka zeszyt, w którym będę przez najbliższy tydzień pisała lekcje.
Cała godzina upłynęła koszmarnie, aczkolwiek szybko. Oczywiście cały czas czułam na sobie spojrzenia innych, ale kiedy zadzwonił dzwonek wszyscy pospiesznie spakowali się i wyszli. Zostałam tylko ja i profesor.
- No dobrze, co mu tu mamy? - powiedział do siebie przeglądając jakieś papiery. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne przeczucie, że są o mnie. - Testy zdałaś nadzwyczaj dobrze...poza tym, specjaliści mówią, że nie powinno być z tobą problemów...tak, tak.. no dobrze - obwieścił na koniec zwracając się do mnie.
- Nie wiem czy wiesz, Nicole, po za nauczaniem historii świata jestem obecnie twoim wychowawcą. Dlatego byłbym rad wiedzieć, czemu spóźniłaś się na lekcję?
- Spóźniłam się, ponieważ jedna z nauczycielek kazała mi wrócić do szatni zmienić buty, profesorze.
- Ach, no cóż moja droga, jako że jesteś nowa pewnie nie wiesz, że należy zmieniać obuwie nawet, jeśli na lekcję trzeba dojść przez dziedziniec.
- Teraz już wiem i obiecuję, że to się nie powtórzy.
- Dobrze - uśmiechnął się do mnie serdecznie, zadowolony, że nie sprawiam problemów wychowawczych - a teraz powiedz mi jaką wyznajesz religię?
- Słucham? - jaką wyznaję religię? A na co mu to?
- W co wierzysz? Oczywiście nikt nie będzie ci po tym osądzał, jednakże muszę to wiedzieć, gdyż niektórzy nie chodzą na pewne zajęcia, bo właśnie tego zakazuję im wiara. Dlatego pytam ponownie w co wierzysz? W Boga? W Sajle i Toszu**? W Cicre? W...
- Nie - przerwałam mu wymienianie - ja w nic nie wierzę.
- W nic? Musisz zatem być bardzo...niezależna, odważna. Nie znam jeszcze osoby, która by nie wierzyła w nic. Jestem pod wrażeniem. W każdym razie oznacza to, iż nie będziesz zwolniona z żadnych zajęć.
- Dobrze.
- Czy masz jakieś pytania?
- Nie, nie mam.
- Na pewno? W takim razie myślę, że możesz już iść do sali, lecz gdybyś zmieniła zdanie zawsze ci pomogę, odpowiem. A teraz do zobaczenia panno Flattering.
- Do zobaczenia profesorze Trytist.
Kolejne lekcje mijały szybko. Wszystko to, co mówili nauczyciele pilnie zapisywałam w zeszycie. Najbardziej podobały mi się zajęcia z nadbdżershetu, z profesor Industrieux^. To wspaniała nauczycielka, miła i umiejąca nas nauczyć tych wszystkich ruchów rąk, a do tego jeszcze zachęcić do zaangażowania.
Po piątej lekcji był czas lunchu. Tylko klasy pierwsze i czwarte mają wtedy czas, by coś zjeść. Pozostali jadają w innych godzinach.
W każdym razie wydawać by się mogło, że tych klas jest znacznie więcej, a do tego już połowa stolików była zajęta. Z westchnieniem udałam się na koniec kolejki. Jak zwykle każdy się na mnie patrzył, więc żeby nie pakować się w kłopoty wolałam patrzeć na okna albo na początek kolejki. Jakoś nigdy nie przeszkadzało mi, kiedy ktoś na mnie patrzy, ale bez przesady. Każdy czułby się zakłopotany, tak jak ja w tej chwili. Ludzie powoli się przesuwali do bufetu. Za mną stanęły jeszcze inne osoby. Wysoki chłopak o rudych włosach i zielonych oczach, i Atlantis z trzema dziewczynami. Podejrzewam, że to są jej przyjaciółki.
Kiedy doszło do wybierania dań wybrałam sałatkę warzywną, chudą pierś kurczaka(najmniejszą) i wodę mineralną. Widziałam jak każdy, kto przyglądał mi się podczas nakładania obiadu, komentuje teraz z innymi mój wybór. Odeszłam od blatu i zaczęłam rozglądać się za jakimś odosobnionym miejscem. Póki co tylko jeden stolik był pusty. Przy ścianie w kącie stołówki. W dodatku w cieniu, co sprawiło, że się uśmiechnęłam z nadzieją. Nie wiem czemu, ale od pewnego czasu czasami bardziej wolę cień od słońca. Bardziej wolę noc od dnia. Czasami się siebie boję no bo, co to może oznaczać? Czyżbym zaczęła wierzyć w Sajlę? Moje rozmyślania przerwało pewne odkrycie. Otóż pusty stolik nie okazał się wcale taki pusty. -Siedział przy nim chłopak. Zatrzymałam się raptownie, co nie uszło jego uwadze. Spojrzał na mnie, lustrując mnie od góry do dołu. Zamierzałam zachować spokój, nie okazać mojego zdenerwowania i dlatego tylko powiedziałam:
- Przepraszam, nie zauważyłam cię, kiedy wybierałam stolik. Już mnie nie ma.
- A gdzie pójdziesz? - zapytał niskim głosem, który nie powiem brzmiał bardo...ładnie - Do reszty? Jakoś nie widziałem, żebyś się z kimś zaprzyjaźniła. - dokończył lekko ironicznie
Nie powiem, policzki mi się trochę zarumieniły, ale postanowiłam nadal zachować spokój.
- Ciekawe skąd to wiesz? W każdym razie nie ważne. Skoro nie ma miejsca dla mnie tutaj pójdę gdzie indziej, niekoniecznie do innego stolika.
- Taak? To niby gdzie? - teraz to już był namacalny sarkazm
- Choćby na schody. Jak sam świetnie zauważyłeś nie napraszam się innym. Wiem, kiedy mnie nie chcą, a sama nie będę prosić się o uwagę czy pomoc. Cześć.
Nie zrobiłam jeszcze kroku a już za swoimi plecami usłyszałam:
- Czekaj. Chodź, siadaj tutaj i jedz jak na normalnego człowieka przystało. Ja już skończyłem, ale następnym razem znajdź sobie inne miejsce, bo te tutaj jest moje. - to powiedziawszy mnie wyminął i wyszedł z stołówki. Na blacie stolika została tylko na w pół opróżniona butelka. A kiedy zaczęłam jeść zauważyłam, że dużo osób patrzy w moją stronę i szepczę między sobą, jednak wszystko to ignorowałam i kontynuowałam jedzenie.



***


Kilka minut przed dzwonkiem weszłam do klasy, i usiadłam przy jedynej wolnej ławce na kocu przy ścianie. Ławki w tej klasie tak jak w każdej innej są złączone ze sobą tworząc tak jakby pół okręgi przedzielone przez wejście do nich. Ledwie zdążyłam usiąśća a do klasy weszła nauczycielka, która, o zgrozo, była tą samą osobą, która mnie zatrzymała rano. Nie muszę chyba dodawać, że gdy tylko przekroczyła drzwi klasy, wszelkie hałasy ucichły? A ona sama powiodła po nas wyzywającym spojrzeniem, widocznie mnie jeszcze nie zauważyła, bo uniknęłam jej spojrzenia. Zasiadła za biurkiem i zaczęła sprawdzać obecność. W połowie sprawdzania do klasy wszedł spóźniony uczeń, który dziwnym zbiegiem okoliczności był tym samym ze stołówki. Kiedy usiadł obok mnie z irytacją wypisaną na twarzy, nauczycielka wrzasnęła na niego:
- Laufoir Chafouin! Dlaczego spóźniłeś się na lekcje? Jakie jest twoje wytłumaczenie?
- Po prostu straciłem poczucie czasu, profesor Ignoble.
- Dobrze, w takim razie zaraz za karę zademonstrujesz nam wszystkie zaklęcia zadane do domu i przez dwa tygodnie będziesz zostawał godzinę po zajęciach. - kiedy to powiedziała kontynuowała sprawdzanie obecności.
- Sean Wrodrite
- Jestem.
- Paul Wuito
- Jestem.
- Grece Ymliolja.
- Jestem.
- Nicole Flattering.
- Obecna - odpowiedziałam.
- Och, panna Flattering. Jak się cieszę, że mamy wspólnie lekcje. Mogłabyś mi moja droga powiedzieć, ile czasu zajęło ci zmienienie butów?
Oho zapowiada się, że coś się zaraz stanie.
- Nie wiem, dokładnie. Ale nie dużo. - odpowiedziałam
- Tak, a powiesz mi moja droga co powiedziała ci pani Clesvering? Kiedy ty pojawiłaś się ponownie w szatni, po dzwonku?
No to już po mnie. Widać "wiedźma" rozmawiała z woźną. Świetnie, po prostu świetnie.
- Przykro mi, ale nie pamiętam.
- Nie pamiętasz tak? Na szczęście pani Clesvering doskonale pamięta, co ci powiedziała. A raczej czego ci nie odpowiedziała, bo zaraz po przyjściu do szkoły w ogóle się nie zjawiłaś w szatni. A to dziwne, bo rano była lekka mżawka i widziano jak miałaś czarną kurtkę i czarne adidasy. Bez worka. A teraz jak widzę nie masz przy sobie ani kurtki ani worka na zmianę obuwia, a więc pytam się, gdzie podziały się te rzeczy? -zapytała.
Teraz każdy się a mnie patrzył, mogłam jej powiedzieć prawdę, ale...wtedy mogłabym się zdradzić. Zwrócić na siebie uwagę, czego mam unikać, więc odpowiedziałam tylko:
- Znam takie jedno zaklęcie, dzięki któremu mogę odstawić rzeczy na swoje miejsce i je przywołać.
- Tak? Jakie? Wiesz moja droga jest dużo tych zaklęć przywołujących.
- Pinosue'cas.
- Ach to... no cóż, nie jest to jedno z łatwiejszych zaklęć... W każdym razem, od jutra masz normalnie chodzić do szatni jak inni uczniowie, zrozumiano?
- Tak.
- Dobrze, teraz proszę do tablicy. Na ostatniej lekcji zadałam pracę domową i chcę abyś ją wykonała.
- Ale jej jeszcze nie było na ostatniej lekcji. Dopiero dzisiaj przyszła pierwszy raz do szkoły. - odezwała się jakaś dziewczyn z tyłu, od strony okien. Nie ma co, odważna dziewczyna.
- Och, panno Deserve czy ja cię prosiłam o zdanie? Czy myślisz, że nie jestem świadoma tego, którego dziś mamy i kiedy przychodzą nowi uczniowie?
- Nie pani profesor.
- To dobrze. A to, że dopiero dzisiaj przyszłaś do szkoły nie zwalnia cię z obowiązku wykorzystania podstawowych formułek. A więc zapraszam. - tu zwróciła się do mnie.
Posłusznie wstałam z miejsca i gdy mijałam mojego towarzysza z ławki usłyszałam:
- Pan także, panie Chafouin. Czyżby nie słyszał pan tego, co mówiłam na twoje powitanie?
- Nie, pani Ingoble.
- Cóż, wie teraz mówię: Natychmiast do tablicy razem z panną Flattering.
Z westchnieniem wstał i ruszył z mną. Kiedy tak stałam pod tą tablicą nagle ogarnęła mnie panika. A co jeśli wszystko, co do tej pory się nauczyłam zapomniałam? Choć to niemożliwe, to w tym momencie miałam całkowitą pustkę w głowie. Nauczycielka spojrzała na nas spod oka chwilę się zastanawiając się nad pytaniami, po czym z prędkością światła zapytała:
- Chafouin definicja zmienienia drzazgi w zegar z okresu éclat^^^ czasu Gunrajd^^^^i wykonaj. Flattering definicja wyczarowania, dajmy na to, fortepianu i wykonaj. O cholera. Definicja łatwa, ale żeby tak wykonać? Przecież tylko sławni magowie to potrafią!
- Aby zamienić drzazgę w zegar, należy po pierwsze mieć drzazgę i wyobrażenie rzeczy w którą mamy zamiar ją zamienić, tutaj zegar z okresu éclat, czasu Gunrajd . Gdy jesteśmy już przygotowani należy mocno się skupić na drzazdze i zegarze, a potem wypowiedzieć formułkę zaklęcia. Im mocniejsze skupienie i czym silniejsza osoba rzucająca zaklęcie tym większe i dokładniejszy będzie zegar.
- Dobrze - mruknęła niezadowolona - a teraz wykonaj.
Laufoir na chwilę zamknął oczy, po czym szybko je otworzył i powiedział " wen da cog kurajlie septordta da sufji ko's pla'e" na koniec rzuciwszy drzazgę tam, gdzie chwilę później pojawił się zegar.
-Ehm..dobrze, dobrze Chafouin. Choć dostaniesz czwórkę. Powinieneś wyszeptać albo w myślach wypowiedzieć formułkę, a nie tak głośno. Siadaj na miejsce. A teraz ty. - tu zwróciła się do mnie.
Wzięłam głęboki wdech i powiedziałam:
- Aby wyczarować jakąkolwiek rzecz z niczego potrzeba ogromnego skupienia na cząsteczkach powietrza, ziemi i innych potencjalnych przedmiotów. Następnie wyobrazić i zażyczyć sobie rzeczy, którą chcemy wyczarować z niczego. Najłatwiej jest wyczarować martwe przedmioty i stosunkowo małe, gdyż nie wymagają zbyt dużej mocy czarodzieja i można je przywołać praktycznie wszędzie. Przykładem jest krzesło, na jego utworzenie potrzeba niewiele cząsteczek w dodatku tych naturalnych. Do stworzenia fortepianu potrzeba oprócz wcześniej wymienionych elementów także namiastki metalu, farby, stali i wielu innych. Biorąc również pod uwagę wielkość przedmiotu oraz zbicie cząsteczek wyczarowanie przez zwykłych atlontów^^ jest rzeczą bardzo trudną, a dla uczniów - niemożliwą.
Wiedźma spojrzała na mnie gniewnym okiem, przez chwile trawiąc moje słowa, by zaraz oznajmić:
- W rzeczy samej. Poprawna odpowiedź, ale skoro sam zauważyłaś, że wyczarowanie mniejszych, "naturalnych" rzeczy jest łatwiejsze - udowodnij to. Tylko żadnych krzeseł.
Żadnych krzeseł, czyli nic z drewna. A więc co by tu wyczarować? Czego ona ode mnie oczekuję? I co by chciała, abym wyczarowała..?
Cały czas uporczywie się na mnie gapiła, tak jakby zaleźć dowód, że nic nie umiem. A przecież umiem! W każdym razie, gdy mnie tak sprawdzała przez chwilę ujrzałam piękną zdobioną szafę na wystawie. Nie wiele myśląc zamknęłam oczy i wyłączyłam się. Poczułam przepływy mocy od uczniów, nauczycieli, roślin, zwierząt, przedmiotów... Na tych ostatnich skupiłam się najbardziej. Tak, że z ławek uczniów wyodrębniłam potrzebne elementy do powstania szafy. Czym więcej elementów tym szafa stanie się prawdziwsza i większa. Po ławkach skupiłam się srebrnych ozdobach w klasie, potem na złotym naszyjniku jednej dziewczyny i powietrzu. Gdy już miałam w "garści" wszystkie cząsteczki otworzyłam oczy, spojrzałam na puste miejsce koło tablicy i zaczęłam myśleć o mnożeniu się tych malutkich elementów i kreowanie ich na podobiznę tamtej szafy. Gdy szafa była gotowa, z wyrytymi na niej rysunkami walki dobra i zła, elementami srebra i delikatnych pozłoceniem wydał mi się za mała. Sięgała mi do bioder, a chciałam, aby była wyższa, dużo wyższa. Ponownie się na niej skupiłam, tym razem pomagając sobie rękami. Nie pytajcie mnie skąd wiedziałam, jaki schemat ruchów użyć - prawdopodobnie gdzieś o tym przeczytałam i teraz mi się przypomniało.
W rezultacie szafa stanęła gotowa o wysokości około dwóch metrów. Wszyscy patrzyli z wytrzeszczonymi oczami to na mnie, to na szafę to na nauczycielkę. Tylko jedna osoba spojrzała z uznaniem na szafę, a potem skupiła się na mnie, przenikliwie patrząc mi w oczy. Zapewne trwałabym tak dłużej, gdyby nie profesor Ignoble.
- Cóż..ygh, ygh...bardzo postawna ta szafa... wracaj na miejsce.
- Co dostałam?
- Wszystko wykonane prawidłowo - piątka. - odparł na w pół rozżalona, na w pół zła.









* Adrien nie jest zwyczajnym metamorfogiem - potrafi w myślach wyobrazić sobie ubranie i zaraz na siebie to założyć/zmienić za pomocą samej myśli.
** bogini ciemności i bóg światła(do bogini gł. modlą się dzieci nocy a do boga wszyscy mieszkańcy planety chamaillerie)
***cicre- bóg, który nie ma twarzy a wierzą w niego gł. biedni ludzie, których obchodzi gł. rozwój duchowy.
^ po franc. zręczna
^^atlont - zwykły czarodziej o przeciętnej mocy [5000 – 13000 klajtów mocy]
^^^ okres podobny do baroku
^^^^ dzieje świata, ale bez losów Ziemi dzielą się na 2 ery, 3 czasy. wyżej wymieniony czas jest częścią 2 ery, 2 czasu






Dobra, wiem że należą wam się porządne przeprosiny, że tak długo nie pisałam notki -zawiodłam was.
Jednak na swoją obronę mogę dodać tylko, że nie miałam i czasu i weny. A w szczególności tego drugiego.;/
I teraz tak:
2. Tę notkę jestem zmuszona(;P) zadedykować panu R.= Amadeo , bo to on podpowiedział mi niektóre nazwy;)
Dziękuje;)
3. Kolejne notki...sama nie wiem kiedy..to zależy od weny i czasu ale obiecuję, że tym razem będę pisała szybciej;)
I to chyba tyle..komentujcie, krytykujcie zadawajcie pytania;D
Pozdrawiam;*

Inna

[komentarzy 15] Komentuj